Było trochę tych filmów, w których bohaterom jest zimno. W niektórych, jak „Everest” czy „Snowpiercer”, to nawet kluczowy element fabuły, jednak w ich przypadkach cały ten chłód musimy sobie wyobrazić. „Manchester by the Sea” natomiast ROBI widzowi zimno. Nie tylko dlatego, że toczy scenariusz w ponurej scenerii szarzyzny sprószonego śniegiem i obitego zmarzłym deszczem rybackiego miasteczka w okolicy przemysłowego Bostonu. Ten film całokształtem mrozi, ale nie orzeźwia. Głęboko emocjonalny, ale bez żadnej afekcji. Absolutnie męski smęt filmowy, który rozprawia się z najstraszniejszymi problemami i najbardziej dotkliwymi urazami dokładnie tak jak robią to prawdziwi mężczyźni.  Nie rozmawiając o tym wcale. Dusząc w sobie uczucia jak przepocone skarpety w szparze między łóżkiem a ścianą.

Manchester by the Sea Poster Horizontal

Emocjonalnie „Manchester by the Sea” jest zawieszony w tym momencie, w którym gruczołom łzowym nie styka już lizozymu do produkcji łez na przekrwioną spazmami płaczu spojówkę i z wyczerpaniem następuje łagodne otępienie. Bez ulgi i bez siły. Wrzuca w jakąś wygłuszoną próżnię poza czasem i poza światem. Obsadzony w głównej roli Casey Affleck, tegoroczny złoty chłopiec, ma niebawem przypieczętować swój nagrodowy tort oscarową polewą. Jeśli tak się stanie, będzie to rzadki przypadek, kiedy preferująca bardzo ekspresyjne i bombastyczne wręcz kreacje Akademia Filmowa postawi na rolę kompletnie wyciszoną, polegającą na spojrzeniach, grze oczyma i załamanym głosem (ostatnio coś podobnego wydarzyło się, kiedy Adrien Brody z „Pianisty” wygrał z faworyzowanym Danielem Day-Lewisem z „Gangów Nowego Jorku”). Młodszy brat Bena Afflecka gra tu tak, jakby cała dusza ewakuowała jego ciało. Oczy jego przy kontakcie wzrokowym matowieją jak zamglone szklane kule, a wyraz twarz mógłby zastąpić napisem „zostawcie mnie w spokoju”.

Casey Affleck gra bostońskiego ciecia, który naprawia cieknące krany i zepsute spłuczki, a po pracy po prostu egzystuje. Z początkiem filmu jego dyspozycję można by odebrać jako beztroskie wyjebanie i ten pierwszy błąd poznawczy razem z widzem popełnia dziewczyna z baru, która w odpowiedzi na obiecującą zagajkę otrzymuje od Afflecka tępe i nieobecne spojrzenie – podobnie dwóch kolesi, którzy moment później dostają w ryja, bo tak. Można by nawet te socjalnie niezręczne potyczki pomylić z wkładką humorystyczną, ale zwrotnica narracji szybko wrzuca bohatera na nowy tor. Telefon ze szpitala – ukochany brat, który od lat żył z kardiologiczną bombą w klatce piersiowej, właśnie zszedł i zostawił Lee w spadku swojego nastoletniego syna na odchowanie do osiemnastki. Może jeszcze się nie domyślacie, ale dalszy ciąg nie przypomina „Annie” ani „Pełnej Chaty”.

Manchester By The Sea

Tragedia potrafi zjednoczyć. Tak było w wiekopomnym serialu terapeutycznym „Sześć Stóp Pod Ziemią”, w którym śmierć ojca skleja zatomizowaną rodzinę na nowo. Choć „Manchester by the Sea” przez chwilę się tak zanosi, to nie ma tu historii o docieraniu się charakterów i odnajdywaniu sensu w relacji stryjka z bratankiem. Przebłyski sytuacyjnego humoru nie zmieniają faktu, że to film o ludziach immanentnie złamanych. Pękniętych jak filiżanka, która po sklejeniu może wygląda normalnie, ale przecieka i do niczego się nie nadaje.

Frustrację tej nienaprawialności pogłębia jeszcze zwyczajna upierdliwość życia. Śmierć bliskiej osoby to nie tylko emocjonalne i wewnętrzne przeżycie, ale jeszcze pogrzebowa papierologia, bezsensowne telefony od grabarza i notarialne formalności. W jednej ze scen oglądamy kobietę, która właśnie straciła wszystko, ledwie uchodząc żywo ze strasznego wypadku, ale nieczule wyreżyserowany wszechświat nie „da jej momentu”, żeby z godnością Kalpurni odcierpiała stratę. Sanitariusze będą się nieporadnie kręcić wokół jej nieporęcznych noszy jak Flip z Flapem, niwecząc szansę na katharsis. Takie właśnie niuanse doskonale uziemiają film Kennetha Longernana we wstrętnej rzeczywistości, przekręcając nóż wbity w brzuch widza, a zarazem równoważąc składniki fabuły na tyle, żeby nie zmieniła się w tragedy porno z kina europejskiego.

Manchester by the Sea Kadr

Michelle Williams ma tutaj dosłownie kilka minut, ale aktorsko zamiata w tym roku konkurencję. Szczególnie swoją ostatnią sceną, którą zapędza film w mroczne rejony, w które filmowcy rzadko się zapuszczają. W tej bolesnej konfrontacji trafia do sedna tematu, którego dotykał również inny film z młodszym Affleckiem „Gone Baby Gone”. Czy można się w ogóle pozbierać po życiowej kraksie tak potężnej, że kładzie cień na każdej pozostawionej ci chwili i wprawia w dyskomfort każdą osobę, którą spotkasz na drodze? Czy ktoś w ogóle oczekuje wówczas od ciebie tej rehabilitacji, czy może raczej wszyscy znaleźliby większą ulgę w twoim zniknięciu, byle tylko nie czuć niezręczności twojego skalanego tragedią towarzystwa.

Trudy kontaktu międzyludzkiego w żałobnym krajobrazie podkreśla tu ładnie sposób kręcenia. Kamera nie zbliża się tu do nikogo na odległość mniejszą niż dwa kroki. Nawet intymną i z definicji zajmującą scenę ostatniego pożegnania Lee z bratem rejestruje z dystansu, jak niezaangażowany obserwator. „Manchester by the Sea” to tak naprawdę mało terapeutyczny film. Bo są pęknięcia, których nie naprawisz, a pomożesz tylko zachowując dystans i nie budując nowych przeszkód.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Jeden komentarz