Nie ma jeszcze na to stosownego słowa, jestem pewien, że wkrótce ktoś je wymyśli, ale chyba jestem jedną z takich osób, które wolą trailery od samych filmów. Tę ich dynamiczność, skrzętność, domysły i ekscytację. Sama obietnica może być lepsza od spełnienia, a tym bardziej od niespełnienia. Nie wiem, co by na to Freud, ale w związku z tym pozwolę sobie raz na kilka tygodni podniecać się publicznie nowymi zwiastunami.

Blade Runner 2049

Zdążyłem już zetrzeć obrazek z guzika Replay na tym trailerze i nie miałem takiego zajarania głupią minutą obrazów i dźwięków od czasu teasera „Prometeusza”, prequela innego klasyka sci-fi Ridleya Scotta. Tam ciary robił pierdzący puzon z „Incepcji” ft. zdławiony krzyk, którego w kosmosie nikt nie słyszy, a tutaj przesterowane pierdy z syntetycznym trzeszczeniem. Do tego te cudownie nasycone barwy – to będzie najpiękniej pokolorowany film od „Mad Maxa” – i Ryan Gosling, który wraca do roli gładkiego matkojebcy. Poza tym za kamerą Denis Villenueve, który od jakiegoś czasu jest moim ulubionym nowym reżyserem. No i „Blade Runner” jest w Top Piątce moich filmów stulecia, więc po prostu.

Birdman v Spider-Man

Ile procent wynosi szansa, że przez tydzień nikt inny jeszcze nie wymyślił tego dowcipu? Nie mam nic właściwie do Tobeya ani Andrew Garfielda, raczej inne rzeczy nawalały w tych filmach bardziej od nich, ale miło zobaczyć w końcu Petera, który nie wygląda na 35 lat tak, że woźny powinien wzywać policję, gdyby zobaczył go kręcącego się po szkole. Co ciekawe, akurat w komiksie „Spider-Man: Homecoming” Peter Parker jest już wedle standardów nastolactwa starym dziadem, który w szkole uczy, a nie uczy się, ale Marvel chyba wybrał ten tytuł tylko jako fakulca dla Sony. Spidey wrócił do domu, czyli do naszego arkusza w Excelu i przypomina teraz Sama Weira z „Freaks and Geeks”. Trailer fajny, ale co to za czasy, że Spider-Manowi trzeba, jak to mówią u nas w branży, doruchać lajków Iron-Manem.

Dunkierka

Nolan to jest taki reżyser, że teraz możecie się jeszcze śmiać z jego patosu, ale za 30 lat, jak już potopimy się w tej post-prawdzie, post-ironii, heheszkach śmieszkach i meta-humorze, to będziecie płakać, że już nikt nie robi takich filmów, które przypierdalają w emocje jak w chiński gong. Kino wojenne doskonale do jego stylu pasuje. Poza tym to ten kawałek wojny, o którym rzadko ktoś opowiada.

Wojna o Planetę Małp

Cała ta seria, która ma być czymś pomiędzy prequelem a soft rebootem, jest dla mnie jednym z większych zaskoczeń ostatnich kilku lat. Bo po tych gumowych małpich pyskach u Burtona chyba wszyscy już położyli lachę na tę franczyzę, a potem „Geneza Planety Małp” ożywiła ten koncept jak krecha kokainy. Jej sequel był jak „Aliens” w relacji do „Aliena”. Dwa różne filmy, oba mocne. Oby trzeci nie był jak „Obcy 3”, ale się nie zanosi.

Mumia

Oryginalną „Mumię” (nie tę z Borisem Karloffem, tę z Brandonem Fryzjerem) wspominam zabawnie. Siedzieliśmy w kinie w pierwszym rzędzie, zadzierając głowy, bo – wierzcie lub nie – tyle osób na to waliło do kina, i mój kuzyn od tego napięcia karku i wrażeń wzrokowych puścił nagle bez ostrzeżenia ciągiem Fibonacciego takiego pięknego pawia, że chyba nawet operator projektora przestał patrzeć na film. Tak że ten. Tutaj chyba nie ma powiązania, just Tom Cruise being Tom Cruise. Wyskakuje z helikopterów i walczy ze złymi efektami specjalnymi z recyklingu „Suicide Squad”.

I na koniec pianka z dna filiżanki. Skoro film animowany o parówkach dał radę, to czemu nie o emotkach. Można go nagrać ajfonem, a co najmniej stukrotny zwrot nakładów gwarantowany.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *