Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak te filmy, które na papierze wydawały się co najwyżej łatwą wypłatą dla studia (prequele dopisane do pięćdziesięcioletniej hollywoodzkiej franczyzy sci-fi, c’mon), okazały niesamowitą artystyczną ambicję, wyhodowały własne odnóża i ewoluowały w Najlepszą Filmową Trylogię, której „Wojna o Planetę Małp” jest pięknym ukoronowaniem. Niechybnie są poniżej spoilery do całej serii.

War For The Planet Of The Apes poster

Co było kiedyś: Charlton Heston. Jakaś modelka w bikini. Niedopłacani aktorzy w maskach i perukach. Dość pamiętny twist na końcu i kilka kultowych cytatów, które pamiętasz lepiej od fabuły (jak ja lubię, kiedy Doktor Krieger z „Archera” krzyczy kolejny raz „You maniacs, you blew it all to hell”!).

Co miało być: Prequel albo reboot, w sumie nie wiadomo. Jakiś No Name za kamerą. Prawdopodobna powtórka z plamy Marka Wahlberga i Tima Burtona, ale chociaż z ładnymi efektami specjalnymi zamiast typów w kostiumach.

Co jest: Trylogia, którą chciałbym mieć na półce w jakimś wypasionym kolekcjonerskim wydaniu, choć normalnie nie obchodzą mnie takie fanowskie gadżety. Genialna seria filmowa, którą wzruszam się bardziej niż Twitter po zejściu Harambe. Pierdolony majstersztyk, mówmy o tym śmiało.

Bo mówi się o serii „Tej Nowej Planety Małp” z szacunkiem, „to takie inteligentne blockbustery”, ale bez większych słów. Jesteśmy naprawdę dziwną kulturą, skoro malunki z jabłkiem i dzbanem na stole, czy tam z nagimi grubasami tańczącymi wokół ogniska, nazywa się bez żenady arcydziełami, ale takie wspaniałe małpy, namalowane pikselami tak, że nie odróżnisz od prawdziwej, co najwyżej rozrywką na poziomie. Dla mnie to są właśnie arcydzieła, nie tylko techniczne, pod względem historii też. A czemu Najlepsza Filmowa Trylogia? Czemu wygrywa z tymi wszystkimi filmami, które cieszą tym tytułem przez zasiedzenie, „Star Warsami” i „Władcami Pierścieni”? Przez konsekwentny rozwój postaci, crescendo w formie i pełne uzasadnienie opowiedzenia historii akurat w trzech częściach. Mam wrażenie, że przeszliśmy z tymi małpami drogę długą jak kilka żyć, a nazbierane w tej wyprawie emocje spadają na nas w finiszu jak śnieżna lawina.

Ceasar with the gun, War for the Planet of the Apes

Nowa „Planeta Małp” to nie tylko do głębi poruszające studium charakteru przywódcy, ale i przekonująca opowieść o psychologicznych mechanizmach wojny. Wojna zaczyna się od buntu. Kiełku tej uporczywej myśli, że mamy gorzej od innych, a tak nie powinno być. Należy się nam więcej. To nie musi być racjonalna myśl. W „Rise of the Planet of the Apes”, pierwszym odcinku serii, nikt (poza tym wrednym Malfoyem z małpiego sanktuarium) nie tłamsi małego Cezara w akcie złej woli. James Franco chroni go jak dziecko, które chce być wolne, ale w wielkim i obcym świecie mogłoby zrobić krzywdę sobie i innym. Niemniej rodzi się konflikt, który podpalony pandemią małpiej grypy, wchodzi w fazę dynamiczną. Gniew, strach, niezabliźnione rany, uprzedzenia przejmują stery i przenoszą nas w rzeczywistość otwartej wojny, a tu już wszystkie społeczne reguły zostają zawieszone.

Logika narracji filmu rozrywkowego nakazuje traktować wojnę jak grę o sumie zerowej. Ktoś wygrywa, ktoś przegrywa. Nasi albo Ichni. Avengersi albo Thanos. Liga Sprawiedliwości albo Jesse Eisenberg. Mogą być w tym gradienty szarości, morały o destrukcyjności zbrojnych konfliktów, ale wszystko sprowadza się raczej do tego, że żujesz wargę we frustracji, kiedy ci przeklęci Lannisterowie ogrywają Dorthraków, a potem brechtasz się do siebie, kiedy Daenerys piecze ich wojska w smoczym ogniu. Dojrzałość małpiej trylogii polega na tym, że portretuje wojnę jako grę o sumie ujemnej, bo stawką dla każdej strony jest całkowita zagłada albo utrata człowieczeństwa.

War of the Planet of the Apes, apes with guns

„War of the Planet of the Apes” czerpie dużo z „Czasu Apokalipsy”. Nawet w obliczu pogromu ludzkości ktoś miał tu siłę na puny, bo w jednej scenie pojawia się na murze bazgroł „Ape-ocalypse Now”. Grany przez Woody’ego Harrelsona Pułkownik ma w sobie wiele z Pułkownika Kurtza. Przy czym okazuje się może nawet bardziej tragicznie zawiłą postacią, a jego tragizm, podobnie jak Cezara, wiąże się bardziej z siłami natury niż ścieżkami wojny.

Że Zimna Wojna przez 50 lat nie przerodziła się w nuklearną, zawdzięczamy prawdzie zapisanej w trzech literach. MAD. Mutual Assured Destruction. Gwarancja wzajemnego zniszczenia. W tym wariancie pokój zostaje zachowany ze względów taktycznych. Obie strony mają do zyskania niewiele, a do stracenia wszystko. Kolejni przywódcy Stanów Zjednoczonych i ZSRR to rozumieli. Gwarancja wzajemnej zagłady przestaje być gwarancją pokoju w dwóch sytuacjach. Pierwsza jest, kiedy emocje biorą górę i do atomowego guzika dobiera się kortyzol. Z czym dzisiaj mamy do czynienia w obliczu twitterowej wojny dwóch nieprzewidywalnych i nieodpowiedzialnych przywódców USA i Korei Północnej. Druga, kiedy jedna ze stron nie ma już nic do stracenia. W „Wojnie” śledzimy rozwój obu tych sytuacji. Dramat Cezara polega na tym, że nie jest w stanie „uciec nienawiści”, odłożyć osobistych emocji na bok, a tym samym myśleć jak przywódca. Ludzka tragedia na tym, że nie już sensu robić przed starciem taktycznego bilansu zysku i strat, bo obracamy się w warunkach skrajnej desperacji. Efektem wojna totalna. No peace, no mercy.

Woody Harrelson as Colones, War of the Planet of the Apes

Pod koniec drugiego aktu filmu, kamera skupia się przez moment na napisie w siedzibie Pułkownika. Gniewnie wymalowane na ścianie:

History

History

History

Oprócz Kurtza z „Czasu apokalipsy” i „Jądra ciemności” bohater Harrelsona przypomina też nieco bardziej współczesną postać, szarą eminencję gabinetu Trumpa, Steve’a Bannona. Obaj są niejako zwolennikami ponurej filozofii historycznego determinizmu. „Zadarliśmy z naturą, więc ona teraz nas za to karze”. Pułkownik próbuje unicestwić wszystkich włochatych, ale nie podchodzi do tego personalnie. Tak naprawdę jest przekonany, że małpy w końcu zawładną planetą, a dni ludzkości już są policzone, co jednak nie przeszkadza mu cynicznie rozgrywać nienawiści między oboma gatunkami. Jego strategia to kanalizowanie chaosu, kierunkowanie gniewu i frustracji pod kłamstwem zimnego rachowania. Zacięty Pułkownik wreszcie sam sprowadza na ludzkość koniec historii, a ty zastanawiasz, czy to tylko nieodpowiedzialność, czy może to od początku był jego cel.

Niemniej nowa „Planeta Małp” to opowieść Cezara od początku do końca, która skupia się na swoim bohaterze jak światło w soczewce. Od narodzin, przez narodziny idei, problematyczność koegzystencji, dylematy przywódcy, gniew, upadek, powstanie, zrozumienie wroga, aż po kres. Hero’s Journey, taka klasyczna, a tak utęskniona, w tym niby pełnym epopei, a takim wyjałowionym kinie popularnym. „Jesteś niezwykły”, mówi tu Cezarowi czarny charakter, który też dostrzega w jego oczach więcej bólu, rozdarcia i walczących ze sobą emocji, niż wielu prawdziwych aktorów umie zagrać całym sobą.

1 Comment

1 komentarz

  • Magda says:

    Świetny tekst! Tak, też mnie rusza ta historia i też jestem pod wrażeniem, że Hollywood sprzedało nam tę historię w taki poważny i dobry sposób. Pamiętam jak siadałam do seansu Genezy nie spodziewałam się niczego, zero oczekiwań, po prostu kolejny blockbuster, odkurzanie starej franczyzy, a tu po seansie, masz człowieku, jakie to dobre (jestem w nielicznej grupie osób której podobała się Geneza a nie Ewolucja). A potem było tylko lepiej. Andy Serkis jest wielki a Cezar zawsze będzie mnie chwytał za serce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *